flahapl Polska Flag of Germany.svgDeutschland 
  • IMG_0182_new.JPG
  • K2_09-4_01_Slaska_fot.1.png
  • Szydlo_new.jpg
  • U4prezydenta.jpg

„BATORYM” DO LEPSZEGO ŚWIATA – PO SUKCES I PIENIĄDZE

POLSKIE LOSY

W połowie maja tego roku otwarto w Gdyni przy ulicy Polskiej 1 Muzeum Emigracji.
Ten nowoczesny, z wielką starannością przygotowany obiekt, mieści się w budynku zabytkowego Dworca Morskiego przy Nabrzeżu Francuskim. Stąd przez lata, od czasów międzywojennych, wypływały w świat polskie statki z tymi, którzy wierzyli, że za „wielką wodą” odnajdą lepsze warunki życia i pracy. Jest to więc miejsce niejako symboliczne, które mówi o polskiej tułaczce, o marzeniach, determinacji, trudnych wyborach i niełatwych losach. Pomysł powołania tej placówki zrodził się podczas rozmów prezydenta Gdyni Wojciecha Szczurka i marszałka Sejmu, ś.p. Macieja Płażyńskiego. Ideę poparł marszałek Senatu Bogdan Borusewicz i ludzie kultury, a także „Wspólnota Polska”.

Gdyńskie Muzeum ma przybliżyć i opowiedzieć historię emigracji od wieku XIX po czasy współczesne. Temat to żywy i wciąż interesujący, a nam, Polakom zamieszkałym na obczyźnie, szczególnie bliski.

W Niemczech mamy dwa tego typu muzea; w Hamburgu i Bremerhaven. Hamburski Ballinstadt po południowej stronie Łaby i portu, w Veddlu, powstał w roku 2007 w miejscu, gdzie armator i dyrektor generalny HAPAG Albert Ballin założył w 1892 obóz emigracyjny z licznymi barakami, mieszczącymi noclegownie, jadłodajnię, łaźnię, pralnię, lazaret. Były tam również kościół i synagoga. Drugie muzeum to Auswanderhaus Bremerhaven, otwarte w sierpniu 2005 roku w miejscu, gdzie w 1852 otwarto bazę emigracyjną dla podróżujących do obu Ameryk. Z tych oto miejsc, podobnie jak z Red Star Line w Antwerpii, wyruszali w ubiegłych dwóch stuleciach także liczni Polacy w rejs do upragnionej „ziemi obiecanej”.

Z pewnością nasze Muzeum Emigracji w Gdyni okaże się bardziej interesujące niż te wspomniane, będzie miało wirtualną bazę dziejów emigracyjnych rodzin, ciekawe eksponaty i co najważniejsze – opowie historie jakże bliskie naszym sercom. Wystawa główna urządzona została na powierzchni 2,5 tysiąca metrów kwadratowych. Zobaczyć można tam kilkumetrową multimedialną instalację globu, ukazującą polską obecność na świecie. Dla muzeum powstaje największy na świecie model statku – transatlantyku MS „Batory”. Pierwszym i drugim „Batorym”, bo dwa statki nosiły to imię, wypłynęło z Polski tysiące emigrantów i wspomnienia tych podróży poznawałam wielokrotnie, tak jak wielokrotnie słyszałam ryk syren odpływających od gdyńskiego nabrzeża transatlantyków i widziałam powiewające w oddali pożegnalne, białe chusteczki.
Gdynianie licznie uczestniczyli w tych rozstaniach przy Dworcu Morskim, choć spektakl, że tak powiem, był to przejmujący i pełen łez.

I tu przypomina mi się historia znanego i cenionego w Hamburgu lekarza – doktora
Piotra Piernikarskiego On także opuścił Polskę „Batorym”. Po latach opowiedział mi, że była to najdłuższa w jego życiu podróż, choć trwała zaledwie kilkanaście godzin. Wiedział, że oddala się na długo od miejsc ukochanych, od bliskich i serdecznych ludzi, że wyrusza w nieznane. To była tajemna ucieczka z kraju, pozorowana jako wycieczka po słońce na Wyspy Kanaryjskie. Kiedy TSS „Stefan Batory” odpływał, ogarnęła go trwoga, nie radość.
Dziwnie smutne były oblicza pozostałych współpasażerów tej obiecującej turystycznej eskapady.
Dzień był listopadowy, wietrzny i deszczowy, a wody zatoki mocno rozkołysane i mroczne - wspominał. Gdyński port oddalał się, pozostawiając za sobą widok stoczniowej suwnicy, dźwigów, światła miasta i cały ten kraj – kraj, którego „okna na świat” przysłonięto od lat szczelną kotarą, portierą ciemną jak noc. Na statku przy dźwiękach muzyki w Night Clubie podróżni popijali w milczeniu kolorowe drinki, udawali przyjazną sympatię. Kelnerzy zachęcali do kosztowania wykwintnych potraw, roznosili z gracją piramidy owoców i płonące góry lodów. Nieliczni turyści przechadzali się pokładem spacerowym, inni zwiedzali statek, przystawali przed okazałym portretem Stefana Batorego z łaski Bożej króla polski, wielkiego ksiącia litewskiego, ruskiego, pruskiego, mazowieckiego, inflanckiego... Nastrojowa muzyka i trunki wyzwalały chęć do zabawy i tańca, ale nie czuło się swobody, która byłaby zapowiedzią wymarzonego urlopu pod palmami. Do świtu niemal grała orkiestra, a stewardzi uwijali się, prześcigając w grzecznościach. Potem nastało zamieszanie nerwowe, rozmowy poufne, bieganina, szepty i oczekiwanie na wejście do portu. I tak oto nastąpił akt II wraz ze zmianą dekoracji. Oczom turystów ukazały się domy na wzgórzu, strzeliste wieże kościołów, statki, barki, żaglowce i napis informujący, że oto Landungsbruecken. Postój w Hamburgu. Niektórzy jeszcze nie dowierzali, że ten rejs był tak krótki i że kończy się ich przygoda z morzem, a zaczyna emigracja. Ci bardziej odważni już mieli w rękach kufry, walizki, torby i już kierowali się do trapu. Nikt nie mówił do widzenia, ani też dziękuję, tylko umykał jak złodziej ze zdobyczą .

Na placu pomiędzy przystanią a ulicą zgromadziło się wkrótce liczne towarzystwo wąsatych kawalerów w skórzanych kurtkach lub burych jesionkach, pań w kożuszkach, futerkach, lisich i norkowych czapkach, w kozaczkach na wysokich obcasach. Rozmowy były mniej kurtuazyjne niż na statku. Dominowały pytania: „Nie wiesz, bracie, czy tu można płacić zielonymi? Nie orientujecie się, gdzie Misja Katolicka? Gdzie tu urząd emigracyjny?” Nadchodzili i nowi ludzie, w tym i Polacy, znajomi lub krewni pasażerów opuszczonego okrętu. Naradzali się, zastanawiali, ale wkrótce pod polski liniowiec dalekomorski podjechały auta policyjne i i inne wozy, a niemieccy urzędnicy, wysiadłszy z nich wraz z tłumaczami, wysłuchiwali ze spokojem zwierzeń przedziwnych zbiegów. Oferowali przybyszom pomoc, a nawet transport do ośrodków dla obcokrajowców.
Już po kilku godzinach miejscowa prasa informowała o 192 uciekinierach z polskiego statku i zamieszczała na pierwszych swych stronach zdjęcia naszego „Batorego”. Czołowy tygodnik „Der Spiegel” wydawany w Hamburgu donosił: Ze statku marzeń, z socjalistycznej biedy udało się niektórym zbiec na krótko, a może i na zawsze. Pismo analizowało przyczynę owych dezercji, w których uczestniczył nie tylko „Stefan Batory”, ale i promy skandynawskich linii, zwłaszcza osławiony „Rogalin”, kursujący do Kopenhagi i Travemuende. Niemcy były najczęściej wybieranym celem tego exodusu, bo uzyskiwano tu, choć też nie bez problemu, prawo pobytu. Mało kogo odsyłano z powrotem do porzuconej ojczyzny. Kierownik Centralnego Biura Meldunkowego w Hamburgu Manfred Sorg twierdził, że każde przybycie polskiego statku to dodatkowy obowiązek zajęcia się przybyszami za wschodniej granicy. „Wśród uciekinierów – mówił – są ludzie doskonale wykształceni, w różnym wieku, nie zawsze, raczej rzadko represjonowani politycznie. Większość przybywa ze względu na katastrofalną sytuację gospodarczą”. Według urzędowego szacunku – tłumaczył – niektórzy zapragnęli pozostać na krótko, ale liczni wiążą z pobytem w Republice Federalnej swą przyszłość.

Był rok 1984. Jak u Georga Orwella. W Polsce same smutne wypadki i przypadki, beznadzieja egzystencjalna, przerażenie morderstwem ks Jerzego Popiełuszki, aresztowania, amnestia, zakłamanie.
Doktor Piotr Piernikarski przeszedł wszystkie koleje czy też szczeble emigracyjnego losu. Mieszkał jak wielu innych w „heimie”, czyli domu dla azylantów, dniami i nocami uczył się języka, wystawał w kolejce po tak zwany duldungsstatus, który zezwalał na pobyt w Niemczech. Był czas, że miał poczucie bezsilności, tęsknoty i goryczy, bo początki emigracji to wielka próba i trudny egzamin. Przełom dokonał się, gdy zatrudniono go na stanowisko „lekarza gościnnego” w Klinice Uniwersyteckiej na Eppendorfie. Nie otrzymywał wynagrodzenia, korzystał nadal z pomocy socjalnej, ale nie to było ważne, lecz fakt, że nareszcie pozwolono mu wykonywać zawód, robić to, co kochał i potrafił. To była szansa na rozwój i zdobycie dodatkowej wiedzy. Trzeba wiedzieć, że nasza medycyna w owym czasie zasadniczo różniła się od „zachodniej”. Nie znaczy to, że lekarze byli słabiej wykształceni czy mniej intelgentni. Po prostu nie mieli szans korzystania z nowoczesnej aparatury medycznej i nie stosowali na szeroką skalę kompleksowego leczenia. Nawet sposób traktowania pacjenta był u nas nieco inny. Doktor wiedział, że nie po zdziwienie przyjechał, lecz po to, by pogłębić wiedzę, zyskać uznanie i osiągnąć wyższy poziom zawodowego doświadczenia.

Wkrótce dostał zatrudnienie w klinice na Barmbeku. Przyjąto go na etat lekarza ginekologa w jednej z dwóch przodujących klinik w Niemczech (drugą była Klinika Uniwersytecka w Bonn). Tam uzyskał stanowisko oberartz’a, a więc lekarza nadzorującego zespół. To było wyróżnienie i znaczący dowód zaufania. Istotne było i to, że na Barmbeku prowadzono oośrodek badań prenatalnych, którym rocznie poddawało sią około 2 tysięcy pacjentek.
Doktor Piotr Piernikarski szybko zdobył cenne doświadczenia, zawarł przyjaźnie, nauczył się wiele nowego. To skłoniło go do powołania do życia Fundacji Edukacja w Położnictwie i Ginekologii. Założyli ją polscy i niemieccy lekarze: prof. Romuald Biczysko z Poznania, prof. Bernard Joachim Hackeloer z Hamburga, prof. Freimut Leidenberger, L.T. Marianowska, prof. Longin Marianowski, prof. Marian Obara, dr Piotr Piernikarski, prof. Tadeusz Pisarski i dr Otkar Svoboda. Zarejestrowana została aktem notarialnym 9 sierpnia 1991 roku w Poznaniu. Siedzibą założonej instytucji był Poznań, ośrodek słynący wysokim poziomem nauk medycznych. Teren działania Fundacji obejmował Polskę i zagranicę.
Jej celem było systematyczne finansowanie i dokształcanie lekarzy położników i ginekologów w zakresie nowych technik i metod leczniczych, mających zastosowanie w położnictwie i ginekologii poprzez organizowanie: kursów, konferencji naukowych i sympozjów, popularyzację informacji naukowej. Transfer wiedzy, wymiana doświadczeń były podstawą jej działania. Dużą sławą cieszyły się organizowane w w naszym kraju kongresy, w których brali udział wszyscy chętni i zgłaszający się w terminie lekarze.
Polscy lekarze przyjeżdżali kilkakrotnie do Hamburga. Dyskutowano na tematy ultrasonografii, endokrynologii, mówiono o endoskopii i laparoskopii, o zapłodnieniu pozaustrojowym i wielu ważnych w medycynie sprawach. W sympozjach, konferencjach i spotkaniach udział brali wybitni nasi specjaliści, profesorowie: Marian Szarmantowicz, Marek Spaczyński, Kazimierz Rzymski, Izabela Rzepka-Górska, Tomasz Perzyński, Alina Warenik Szymankiewicz i wielu, wielu innych doskonałych specjalistów.
Warto wiedzieć, że przy organizacji tych wizyt pomocna i życzliwa okazywała się pomoc
ś.p. Konsula Andrzeja Kremera. W kwietniu 1992 roku kongres lekarzy w naszym kraju połączono z wystawą przemysłową na której prezentowano najnowszy sprzęt medyczny, wyposażenia gabinetów ginekologicznych i preparaty farmakologiczne.
Nie ulega wątpliwości, że Fundacja, której był inicjatorem i współzałożycielem, otworzyła bramy ku szeroko pojętej kooperacji. Zawiązały się przyjaźnie, współpraca, dobre znajomości polsko-niemieckie, -czeskie, -słowackie...
I tak oto polski lekarz przybyły do Hamburga dowiódł, że można być aktywnym, pożytecznym i wyjść na przeciw wyzwaniom czasu. W każdym miejscu i o każdej porze da się i należy działać dla dobra innych, dla dobra powszechnego.

O roli, jaką odegrała Fundacja, można napisać książkę, o doktorze Piotrze Piernikarskim, który nie ustaje w pomysłach, wyspecjalizował się w akupunkturze, zna pięć języków, prowadzi dziś gabinet w samym centrum Hamburga, organizuje prelekcje połączone z wieczorami muzyki także. Podobnie ma się rzecz o przyjaźniach polsko-niemieckich, o kontaktach i partnerstwie zawodowym niemieckich i naszych lekarzy.
Okazuje się, że czasami działania jednego człowieka są inspiracją dla innych.
Tak więc, należy częściej mówić o udziale Polaków w życiu społecznym i gospodarczym, w krajach, do których trafili z przekonaniem, że osiągną sukces i pieniądze.
I nieważne, czy przybyli „Batorym”, „maluchem” czy samolotem, z walizką, czy tobołkiem, z dyplomem ukrytym pod podszewkę burej jesionki, czy tylko głową pełną pomysłów. Ważne, że zrealizowali marzenia, pchnęli coś do przodu, ulepszyli i – jak „Batory” – sławili imię Polski.
Niechże więc gdyńskie Muzeum Emigracji wszystkie ciekawsze przypadki odnotuje i udokumentuje w swych zbiorach! Będzie o czym mówić, co oglądać, radować się, a nawet dziwić.

S. R.

© 2013 - 2017 Magazyn Polonia. All Rights Reserved. Designed By E-daron.eu

Please publish modules in offcanvas position.