flahapl Polska Flag of Germany.svgDeutschland 
  • IMG_0182_new.JPG
  • K2_09-4_01_Slaska_fot.1.png
  • Szydlo_new.jpg
  • U4prezydenta.jpg

25. ROCZNICA SIERPNIA 1980. WYGNAŃCZE SZLAKI

 

K4.17 06 Zurek fot.1Adam Dyrko, autor i redaktor zbioru wspomnień Wygnańcze szlaki - z wykształ­cenia dziennikarz i historyk - pracował do czasu emigracji z Polski jako publicysta w katowickiej redakcji „Dziennika Zachod­niego”. W czasach ruchu solidarnościo­wego jako aktywny działacz w Zarządzie NSZZ „Solidarność” przy Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa” w Ka­towicach współredagował między innymi biuletyn „Wprost”, wydawany przy Zarządzie Regionalnym w Katowicach. W chwili ogłoszenia stanu wojennego przebywał w USA i zdecydował się tam pozostać, ponieważ w przypadku powrotu do kraju zostałby internowany, jak większość jego kolegów, również współpra­cowników biuletynu.

 

 

W Niemczech, gdzie przebywa do dzisiaj, współpracował z „West­deutsche Allgemeine Zeitung” w Dortmundzie, z Radiem Wolna Europa w Monachium, z berlińskim „Poglądem” oraz z wieloma emigracyjnymi czasopismami na świecie. Adam Dyrko jest nadal aktywnym działaczem polonijnym.

Wszystkie jego doświadczenia i przeprowadzone badania, dopro­wadziły do powstania książki o emigrantach z Polski do Niemiec, zawierającej zbiór relacji polskich uchodźców od 1945 roku po lata 90-te. Pozycja została nagrodzona przez Instytut Pamięci Narodowej w konkursie „Prawda i pamięć”.

W czasie zbierania materiałów do książki, a więc przed prawie dzie­sięciu laty, żyło w Niemczech około dwóch milionów[1] przybyszów z Polski. Byli wśród nich uciekinierzy, przesiedleńcy, wygnańcy.

Jak i dlaczego znaleźli się w Niemczech, w jakich okolicznościach, co wygnało ich z Polski i co przyciągnęło ich do Niemiec; co przeżyli na styku dwóch kultur, jak przetrwali czas wyobcowania, samotności, zwątpienia; czy spełniły się ich oczekiwania - to temat tej książki o charakterze dokumentalnym, w której przeszło dwudziestu emigrantów relacjonuje swe często dramatyczne przeżycia w drodze do życia w wolności, w świecie demokracji w Niemczech.

Manuskrypt polskiej wersji książki Wygnań­cze szlaki został w grudniu 2006 r. wyróżniony w konkursie wydawniczym „Prawda i Pamięć”, prze­prowadzonym przez Instytut Pamięci Narodowej.

Wydanie niemieckie pt. Fluchtwege ukazało się w czerwcu 2007 nakładem Engelsdorfer Verlag

w Lipsku.

 

K4.17 06 Zurek fot.2

           

Nakład Wygnańczych szlaków jest niestety wyczerpany. Adam Dyr­ko, dysponuje jednak pewną ilością egzemplarzy, które można nabyć bezpośrednio u autora. Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Górnicza Solidarność

Wśród bohaterów Wygnańczych szlaków znaleźli się też ludzie „So­lidarności”. Na stronach tej fascynującej książki - dokumentu opowiadają oni swoje, często niezwykłe historie, także o tym, jak rodziła się „Soli­darność”, jak ją sami tworzyli, z nadzieją na lepszą przyszłość. Niestety często niespełnioną, powiązaną z poniżeniem, wygnaniem, zapomnieniem.

Poniżej dwa głosy górników z jastrzębskiej kopalni „Borynia” - Zenobiusza Dorucha, konserwatora urządzeń centrum zarządzania i sztygara - Christofa Szablewicza.

Ze względu na brak miejsca publikujemy tylko fragmenty ich wspo­mnień, które w całości ukazały się w książce Adama Dyrki.

Zenobiusz Doruch. Przez komunę zwichrowane życie ...

Gdy zaczęły się strajki na Wybrzeżu, urodziło mi się akurat drugie dziecko. I była to wtedy dla mnie podwójna radość: z rodzącego się nowego w Kraju i z narodzin nowego w moim małym kręgu rodzinnym.

 

Miałem pracę na kopalni „Borynia" w Jastrzębiu, trzypokojowe mieszkanie, które stosunkowo szybko otrzymałem, rodzinę. Powinienem więc był być zadowolony z mojej sytuacji życiowej. Dlaczego zatem, gdy zaczęły się strajki na kopalni, od razu bez wahania wszedłem w ów nowy rodzący się ruch?

Ażeby to zrozumieć, musiałbym wrócić dla lat szkolnych jeszcze, kie­dy to w piątej klasie Technikum Elektronicznego w Zduńskiej Woli, gdy nauczyciel prowadzący lekcje z WOP (Wychowanie o Polsce i ŚwiecieWspółczesnym) omawiał różne ustroje: kapitalistyczny i socjalistyczny, podniosłem rękę i zapytałem: „Czy Pan nie uważa — i po cichu nie przyzna mi racji - że może nie socjalizm, ale komunizm jest utopią?”. Odpowiedzi nie było. W klasie było nas czterdziestu; zaraz pogłoska o tym incydencie rozniosła się po szkołę, że kolega Doruch zadał takie to a takie pytanie. Były to lata sześćdziesiąte, po marcowych wydarzeniach studenckich 1968 roku. Dostałem burę od wychowawcy, który zwrócił mi uwagę, że o takie rzeczy należałoby profesora zapytać osobiście, a nie przy wszystkich uczniach.

Żyłem w kraju, gdzie jako 18-latek przeżyłem wydarzenia marcowe, dwa lata później rok 1970 na Wybrzeżu, widziałem w 1976 jak za bułkę i kawałek kiełbasy namawiano ludzi, by „poparli” Gierka, jak aktywi­stów wsadzano do autobusów, jadących na Stadion Śląski w Chorzowie, jak „te barany” mu potem tam klaskały. To budziło nieufność, a nawet nienawiść do ustroju, napawało jakimś obrzydzeniem do tego systemu.

Uważałem od dłuższego czasu za osobisty obowiązek dążność do zmiany tego stanu, toteż gdy nadarzyła się pierwsza okazja do aktywności w tym kierunku, było dla mnie oczywiste, że muszę się znaleźć w owym ruchu. Ja nie mogłem nie przystąpić do niego.

Strajk w kopalni „Borynia” rozpoczął się 29 sierpnia 1980. Wcze­śniej śledziłem radia: Wolna Europa, Londyn, Waszyngton i czekałem na to, czy coś się zdarzy u nas, na Śląsku. Wydawało się, że załogi sta­rych kopalń katowickich, gdzie były one bardziej zintegrowane, pójdą pierwsze za gdańskim ciosem. Stało się jednak trochę inaczej, to znaczy na młodych kopalniach jastrzębskich, w młodym Zagłębiu, zrodził się ruch, wspomagający stoczniowców. Może dlatego, że pracownicy, ro­botnicy tych zakładów wskutek tego, że - podobnie jak ja - pozostawili swe rodziny gdzieś tam w Polsce i sami stamtąd przyszli, dostrzegali jaskrawo różnice w warunkach życia na Śląsku i w innych regionach, z których pochodzili.

Zaczęło się na kopalni „Manifest Lipcowy” (byłej kopalni „Zo­fiówka”). I gdy dowiedziały się o tym inne, to jakby za machnięciem czarodziejskiej różdżki stawały, w tym i nasza. Potem, gdy podpisywa­no porozumienie na Manifeście (strajki zakończyły się 2 września), to uczestniczących w nim było już ponad sto różnych zakładów.

Na kopalni „Borynia” z około 7 tysięcy ludzi załogi wybrano Komitet Strajkowy, liczący ponad 40 członków. Ponieważ jestem elektronikiem i zajmowałem się urządzeniami zakładowej rozgłośni - poszedłem od razu do Komitetu Strajkowego.

 

K4.17 06 Zurek fot.3

 

Sztandar z Boryni - „Solidarność" z kopalni Borynia najprawdopodobniej jako pierwsza organizacja związkowa z branży górnictwa kamiennego wykonała swój związkowy sztandar. Świadczy o tym tradycyjna czcionka liter wyhaftowanych na sztandarze, bo wówczas jeszcze nie obowiązywała tzw. solidaryca. Ufundowany został ze składek członków związku. Sztandar poświęcił w roku 1980 nieżyjący już ks. biskup Czesław Domin. 13 grudnia 1981 związkowcy z „Solidarności” ukryli sztandar, który nienaruszony przetrwał stan wojenny

Strajk trwał cztery dni i trzy noce; ludzie koczowali na kopalni, śpiąc na gołym betonie, na tekturach z kartonu, mając za poduszkę rękę pod głową. Strajkowała cała kopalnia, wszyscy tam byli; czuliśmy, że bierzemy nareszcie losy kopalni w nasze ręce.

Świadomość masy ludzi, która powstała i złączyła się w cełu osią­gnięcia wspólnego celu, dodawała siły i wiary każdemu uczestnikowi owego ruchu i nam, w Komitecie Strajkowym też. Byliśmy przekonani, że nam nic złego nie może się stać, skoro wszyscy myślą tak jak my. Byliśmy bardzo zwarci. Ponadto uzgodnienia na kopalni „Manifest Lipcowy” w trakcie podpisywania porozumienia z ministrem Aleksandrem Kopciem, zapewniały wszystkim osobom z Komitetów Strajkowych nietykalność; mówiły o tym, że w przyszłości osoby te nie będą prześladowane przez SB, czy służby milicyjne.

Mimo owego poczucia siły, zastanawiano się także czasem, co się stanie, jeśli nam się nie uda?... Obawiano się, że może Związek Ra­dziecki wkroczy; wtedy sprawa stałaby się gorsza. Tak zwane masy „rozwodnią”, a z nami się rozprawią. Niemniej nastawieni byliśmy optymistycznie i ów optymizm przeważał. Wierzyliśmy, że uda się tej „hydrze” łeb urwać, albo przynajmniej naderwać. I że nie może się ona nadał tak panoszyć, że musimy wreszcie zacząć współdecydować, mieć prawo wyboru lepszych rozwiązań i lepszego życia, że musimy mieć wpływ na kształt życia zawodowego, że przestaniemy wreszcie pracować w soboty i w niedziele... Problematyka była tak bogata, jak nasze życie skomplikowane i zwichrowane przez komunę. (...)

13 grudnia obudziłem się o siódmej rano, chciałem włączyć radio, ale było głuche, na telewizję było jeszcze za wcześnie, popatrzyłem przez okno bez jakiejś konkretnej intencji i... zobaczyłem kawalkadę czołgów, jadących od strony „Zofiówki” - „Manifestu Lipcowego” w kierunku Jastrzębia Zdroju. Zimno mi się zrobiło, za chwilę - ciepło i znów - zimno; obudziłem małżonkę i powiedziałem: „Słuchaj, praw­dopodobnie mamy wojnę”.

Po wprowadzeniu stanu wojennego Zenobiusz Doruch został ska­zany przez Sąd Śląskiego Okręgu Wojskowego (w składzie: przewod­niczący - kpt. Józef Medyk; sędziowie - ppor. Joachim Filipek i ppor. Stanisław Raszka) na 1 rok i 3 miesiące więzienia w zawieszeniu na 2 lata oraz pozbawienie praw publicznych na 2 lata. Z „wilczym biletem” wyrzucono go z „Boryni”. Pracy nigdzie nie mógł dostać. Pomagał w budowie kościoła w Jastrzębiu. Co drugą niedzielę odprawiano mszę za pozbawionych pracy, internowanych i więzionych. Wierni wrzucali datki do ustawionej skarbonki, a potem ksiądz dzielił je na poszczególne rodziny. Swoje wspomnienia Zenobiusz Doruch kończy tymi słowy:

... nie można było próbować żyć i układać sobie życia w oparciu o datki ludności. Wtedy zapadła decyzja o emigracji. W Polsce już nie było, niestety, dla nas ani pracy, ani przyszłości. W Niemczech przyje­chałem do Dortmundu. (1984)

Christof Szablewicz - cena prawdy

Z końcem sierpnia 1980 roku zjechaliśmy na zmianę czwartą, czyli na szychtę o godzinie dwunastej w nocy - do szóstej rano. Coś wisia­ło w powietrzu, wiedzieliśmy o strajkach w Gdańsku, Szczecinie, ale Śląsk ciągle jeszcze siedział cicho. Cala Polska liczyła, że i on ruszy. Przecież tu potęga była... Nic jeszcze nie przypuszczając wyjechaliśmy do góry, była godzina siódma, a na powierzchni jeden wielki rejwach; przed budynkiem cechowni ludzi było tak gdzieś z półtora tysiąca, tyle ile pierwsza zmiana mniej więcej liczyła. Co jest? Jeden przemawia, drugi wrzeszczy, słowem, rozgardiasz. Nie wtrącałem się absolutnie do niczego, bo po szychcie człowiek zmęczony, a trzeba było jeszcze iść do biura, napisać raport. Pojechałem wtedy prosto do domu - spać!

A tymczasem strajk trwał. Wtedy nie byłem w komisji strajkowej. Ale tuż po jego zakończeniu wezwano mnie i zaproponowano - jeszcze bez porozumienia, muszę zaznaczyć, z załogą - pracę w Zakładowej Komisji Robotniczej, która potem po wyborach w styczniu 1981 roku przekształciła się w Zakładową Komisję Pracowniczą, do której mnie już regularnie wybrano. Zastanawiałem się wtedy, dlaczego załoga aż w 95 procentach mnie zaakceptowała. Byłem z dozoru, czyli nie robotnikiem. Inni moi koledzy, jak dla przykładu Sylwester Głowacki, który był przodowym ściany, byli robotnikami. Ale znów Tadeusz Błaszczyk był kierownikiem oddziału na powierzchni. Jakoś tak dziwnie to na „Boryni” przebiegło. Ja zostałem sekretarzem.

 

K4.17 06 Zurek fot.4

 

W tym czasie, kiedy wciągnięto mnie do pracy w komitecie strajko­wym, postanowiłem zająć się przede wszystkim sprawami robotniczymi, typowo dołowymi. Zjeżdżałem na dół, oglądałem i atakowałem nawet i wyższy dozór, groziłem nawet dyrektorowi. Reasumując powiedziałbym, że w pierwszym okresie solidarnościowym zajmowałem się sprawami typowo górniczymi, natomiast po wyborach w styczniu 1981 chciano, żebym zajął się również propagandą. Wtedy jako sekretarz, byłem od­powiedzialnym za „propagandę”, czyli audycje, recenzje, artykuły itd. Przydzielono mi też organizowanie masówek, zebrań.

Dzień w dzień szły audycje i zawsze — świeże. Mało tego, rano powtarzało się je i wieczorem. A chciałem powiedzieć o wszystkim. Mówiłem o wydobyciu oddziałów, że należy pracować bezpiecznie; o zarobkach; ale też i o sprawach związkowych, ważniejszych. Podawa­łem informacje o tym, co dzieje się na innych kopalniach na Górnym Śląsku, ale i w całej Polsce. A te wiadomości, które w takich gazetach jak „Trybuna Robotnicza”, „Trybuna Ludu” nie przechodziły, u nas były na porządku dziennym. To było tak jak gdyby nasz radiowęzeł był Radiem Wolna Europa; odnosiłem wrażenie, jakby nasze radio studio było zakazaną radiostacją. (...)

Tymczasem — tak to widzę teraz, z perspektywy czasu — komisje robotnicze rozdrabniały się zajmując się drobiazgami: temu załatwić bumelkę, tamtemu poprawić stawkę, ten chciał jechać na wczasy, a dostał ktoś inny. Były nawet zdarzenia takie, że przyszło małżeństwo, że chcą się rozwodzić, a myśmy ich godzili. No, ludzie złoci! Przecież to jest śmiechu warte. Tak było. Ale, przyznaję rację, nagromadziło się przecież przez dziesiątki lat bolączek co niemiara. Ludzie przychodzili do nas, bo mieli nareszcie zaufanie. I nawet, jeśli się sprawy pozytywnie nie załatwiło, bo nie zawsze było można, to wychodzili zadowoleni, bo się ich wysłuchało.

W miarę rozwoju wydarzeń, gdy w całej Polsce istniała już „Solidar­ność”, gdy zaczął ukazywać się tygodnik „Solidarność”, zainteresowanie ludzi coraz szersze rosło. Ludzie bardzo się zmienili, zmieniła się ich świadomość, wpłynęło na nich to, że mogli się wypowiedzieć i że ich wysłuchano, a poczuwszy trochę swobody, zaczęli myśleć. Przedtem się widziało, że ta załoga to tylko jak automaty, tylko praca, jedzenie - i nic więcej. A teraz - inaczej. Czasopisma jak „Solidarność” czy „Soli­darność Jastrzębska” były rozchwytywane. Nawet nasz biuletyn szedł jak świeże bułki. Załoga się go domagała. Musieliśmy sprowadzać też kilkadziesiąt egzemplarzy „Wolnego Związkowca” z huty „Katowice”. A jeśli coś ważnego się stało, to ludzie stali już rano pod drzwiami radiowęzła i czekali, co my powiemy, chcieli, żebym zaraz tam szedł i już mówił na ten temat.

Wreszcie sprawy zaszły tak daleko, że na naszym plenum „Soli­darności”, a było nas 16 ludzi, postanowiono: „Zdajemy legitymacje partyjne!” Przychodzili więc ludzie do nas i wrzucali do czyściutkiego kosza, specjalnie przygotowanego w tym celu, swoje legitymacje par­tyjne. A później szliśmy z tym koszem do sekretariatu. A było różnie, jednego dnia było 20, innego nawet do 50 sztuk. Ja oddałem swoją od razu w pierwszej fazie, na drugi czy trzeci dzień, łącznie z naszym szefem Błaszczykiem, który też był partyjny. Na kopalni „Borynia” członków partii mogło być ze dwa tysiące. Tuż przed stanem wojennym nie wiem czy było ich 150...

Ale... Pamiętam taki działacz partyjny, już na emeryturze, osobiście powtarzał mi parę razy: „Pamiętej o jednym, władza jest silna. Niech się wam nie wydaje, że jak tu ustępuje dyrektor, tam pierwszy sekretarz, to, że się cofają.” Ale myśmy tego nie przyjmowali do wiadomości. Moja żona na przykład stale wtedy powtarzała: „Zo-ba-czy-cie-że-was-za-krat-ki!” Ale, ale, myślałem. To był jeden z naszych błędów. Nie docenialiśmy władzy i wprowadzenie stanu wojennego było dla nas zaskoczeniem. (...)

Jeszcze w czasie stanu wojennego doszedłem do wniosku, że w Polsce nie mam już szans - nawet na średnie życie. Na każdym kroku SB chciało ode mnie informacji, co tam słychać na dole. Nigdy na taką rozmowę się do nich nie udałem. Dlatego chyba w połowie roku 1982 dyrektor kopalni poinformował mnie, że w rezultacie nacisku z góry zmuszony jest ponownie zwolnić mnie z pracy. Nawet on radził mi, żebym „coś robił”. Zacząłem więc „robić to coś”. W szybkim tempie dostałem paszporty. O, dziwo, w dwa tygodnie. I jazda - do Niemiec. (2004)

Opr. Bogdan Żurek

 

1Do roku 2015 liczby te dramatycznie wzrosły. Po 2004 doszło do największej emigracji w dziejach nie tylko Polski, ale w ogóle w historii Europy po II wojnie światowej. W ciągu pierwszych trzech lat po przystąpieniu do Unii Europejskiej - według oficjalnych danych - z Polski wyjechało ok. 2 min 270 tysięcy osób, z tego około 470 tysięcy osób do Niemiec. Fala ta nieco opadła po kryzysie finansowym w 2008, ale po 2010 znów zaczęła rosnąć. Tylko w 2013 do Niemiec wyemigrowało 189 tys. Polaków -jest wielkość mniej więcej Bielska-Białej.

 


© 2013 - 2017 Magazyn Polonia. All Rights Reserved. Designed By E-daron.eu

Please publish modules in offcanvas position.