flahapl Polska Flag of Germany.svgDeutschland 
  • IMG_0182_new.JPG
  • K2_09-4_01_Slaska_fot.1.png
  • Szydlo_new.jpg
  • U4prezydenta.jpg

 P1190636

Zawsze, kiedy jadę do Polski staram się nastrajać radośnie na spotkania najbliższymi. Niekiedy zmuszona jestem zacisnąć zęby, słysząc: „przytyło ci się” lub „jak tam radzicie sobie z tą hołotą, brudasami” (chodzi o uchodzców, w tym wypadku)? Niektóre, te osobiste komentarze ucinam stwierdzeniem, że świetnie sie czuje we własnej skórze, a odnośnie spraw społecznych zachwalam Polaków na emigracji, którzy pomagają uciekinierom z terenów wojny. Reakcja: „robią gały i milczą”!

To prawda, że w obecnej sytuacji nie odczuwa się tej przyjemności z wyjazdów, co dawniej. Poza tym, kiedy dzieci były jeszcze młodsze, a wnuki małe ładowało sie dużo dobrej energii. Pamietam, jak dawniej zwoziło się cały bagażnik potrzebnej odzieży, kawy, słodyczy, środków czystości bo w kraju niczego poza octem i zapałkami nie było. Rodzinka na jakiś czas zostawała w miarę dobrze zaopatrzona, nie liczyło się wydawanych pieniędzy, bo jakże to wypada? Wszak dla dobra dzieci! Czasy się zmieniły, w Polsce zaopatrzenie jest takie same, jak na Zachodzie, więc nie ma już potrzeby „wozić drzewo do lasu”. Pozmieniały się też relacje w rodzinie, także pomiędzy dziećmi, które stały się dorosłe. Praktycznie role nieco odwróciły się, młodzi zarabiają na siebie, nie potrzebują pomocy żyjąc w dostatku, a matka, ojciec, od kiedy zostali emerytami, rencistami wiążą jakoś koniec z końcem. Niezależnie od miejsca zamieszkania czy to w Polsce czy Niemczech!

Niezwykle rzadko zdarza się w życiu spotkać kobietę, która w wieku 99 lat żyje niemniej intensywnie niż niejedna sześćdziesięciolatka czy osiemdziesięciolatka. Jak dożyć tak zacnego wieku? – rzuca się na ustach pytanie? Czyżby zadziałały w tym wypadku geny, a może styl życia?

Kiedy od znajomej dowiedziałam się o istnieniu wiekowej damy zapaliła mną ochota poznania tajników jej długowieczności. A nuż jest coś do podglądnięcia, naśladowania i naprawienia własnej kondycji mając okrągłe 60 lat.

Pierwsze spojrzenie na 99 - latkę zaskoczył wygląd. Owszem, sporo zmarszczek ze względu na szczupłą posturę, ale że babcia czyta bez okularów byłam tym widokiem zaskoczona. Jak na swój wiek trzymała się nieźle fizycznie, choć wymagała pomocy podczas przemieszczania się po mieszkaniu .

Credo życiowe babci w telegraficznym skrócie można w ten sposób scharakteryzować:

  • codzienny wysiłek fizyczny na świeżym powietrzu bez względu na pogodę: mróz, śnieżyca, deszcz, grad, pioruny nie stanowiło żadnej przeszkody by zrezygnować z długiego spaceru! Dla babci ważna była informacja, jaka jest temperatura na dworze ażeby odpowiednio ubrać się.
  • spożywanie posiłków w regularnych odstępach czasowych (ani minuty wcześniej, ani później).
  • codzienne czytanie książek, prasy, gry w karty, warcaby i inne stolikowe gry.

Jak to dobrze, że w tym roku dzień św. Barbary wypada w niedzielę. Co prawda od ponad trzydziestu lat, czyli od wyjazdu z kraju, z górnictwem łączą mnie tylko wspomnienia i sentyment do tamtych młodzieńczych chwil spędzonych w kopalnianych czeluściach, ale mimo to zawsze czuję, że jest to moje, także moje święto. Dzień Górnika przypomina mi nie tylko o mojej odległej już przeszłości, o czasie spędzonym w przykopalnianej szkole górniczej oraz technikum, ale przede wszystkim o ludziach, którzy w tamtym okresie towarzyszyli mi w codziennym życiu. Przypomina mi o spędzonych pod powierzchnią ziemi trzydziestu dziewięciu miesiącach ciężkiej, ale jakże interesującej roboty. To właśnie tam rodził się we mnie szacunek do odpowiedzialności za siebie i innych, szacunek do pracy, szacunek do drugiego człowieka. Moja prawdziwa lekcja życia, a tak nazywam czas spędzony pod ziemią, nauczyła mnie postrzegania innych nie przez pryzmat wykonywanej przez nich pracy, ich wykształcenia i obyczajowości, ale przez to jacy są pod zewnętrzną powłoką swojego „jestestwa”. Większość ludzi, których wówczas poznałem, mowa tu o górnikach, to byli mężczyźni na zewnątrz gruboskórni, bez ogłady, często trywializujący otaczającą ich rzeczywistość, którzy tam pod ziemią byli prawdziwą wspólnotą, bractwem gotowym wspierać siebie nawzajem w każdej sytuacji. Byli prawdziwym symbolem tego, co kryje się pod filozoficznym terminem Homo sapiens, obrazem człowieczeństwa…, i to tego rozpoczynającego sie od wielkiego „C”.
Kto nie poczuł unoszącego się w powietrzu smaku człowieczego potu , zmieszanego z wszelkimi zapachami tego, co „mateńka ziemia” skrywa w swoim wnętrzu, kto nie zaznał „dobrodziejstwa” przebywania kilkaset metrów pod ziemią, w miejscu pozbawionym światła i wolnej przestrzeni, kto nie zobaczył trudu rąk wydobywających dla całego naszego społeczeństwa , polskiego „czarnego złota”, na którym od pokoleń opiera się nasza gospodarka, ten nie jest w stanie docenić i zrozumieć wyjątkowości specyfiki zawodu „Górnik”.

Kolejni Polacy opuścili swój kraj. Po raz drugi.

Za pierwszym razem to rodzice zadecydowali o emigracji, zabierając ze sobą nieletnie dzieci. Dorastali w nowej ojczyźnie przez dwadzieścia lat. Przed siedmioma laty powrócili do Polski z córeczką. Miało być na stałe. W Polsce, przed wyjazdem, nie poznali systemu komunistycznego, znali go co najwyżej z opowiadań rodziców, sami nie interesowali się sprawami społeczno-politycznymi.

W nowej ojczyźnie było jak w każdym polskim domu, z tą różnicą, że wyposażenie, produkty były kanadyjskie. W domu nadal mówiło się po polsku, pielęgnowało się niemal wszystkie polskie zwyczaje i tradycje. Rodzice zaszczepili im polskość tak dalece, że żyli tylko polską kulturą, chodzili do polskich klubów, grali w polskiej drużynie piłkarskiej i hokejowej, chodzili do polskiej dyskoteki. Wokół domu furgotały polskie flagi, samochody zostały kiedyś oklejone orzełkami, w mieszkaniu dekoracja cepeliowska i TVP Polonia. Kiedy po raz pierwszy odwiedziłam rodzinkę w Kanadzie, osłupiałam z wrażenia. Toż tam więcej polskich flag powiewało, aniżeli na Dzień Niepodległości w Polsce. Czasami nie wiedziałam, gdzie właściwie przebywam? Przyleciałam do Toronto, a wokoło nic tylko Polska.

Młodzi, tak nafaszerowani polskością, niemal nie interesowali się życiem kulturalnym kanadyjskiej metropolii czy poznaniem choćby innych regionów swego kraju. Widzieli tylko Niagarę, skąd wysłali zdjęcia do Polski, żeby oglądający to uwiecznione na fotach Cudo Natury mieli czego zazdrościć. Co dwa lata spędzali wymarzone wakacje w Polsce, urzekała ich gościnność, obficie zastawione stoły, jak na święta wielkanocne. Zachwytom nie było końca, ach, te niezwykłe swojskie krajobrazy w Krynicy, Zakopanem, Pieninach, na Mazurach. I te smaki, polskie potrawy... niebo w gębie, pierogi, bigos, naleśniki, gołąbki, galeretka - najlepsze na świecie. To właśnie było to, o czym marzyli i te dwadzieścia lat tęsknoty za krajem zrobiło swoje.

smarfon 002

 

O czym tu pisać w sezonie ogórkowym? Oczywiście o ogórkach. Wszelkich odmian i wszelkiej maści.
Nie będę pisała o pani Magdalenie Ogórek, bo to temat już nieco przebrzmiały, aby nie napisać przywiędły.
Zacznijmy więc ab ovo, pardon ab Cucumis. Jest to roślina jednoroczna z rzędu dyniowatych. Pochodzi ze środkowej Azji. Jest 53 gatunków, jak podaje wikipedia. 53 gatunki! Ho ho!
Okazuje się, że nawet aromatyczny melon jest ogórkiem!
Sezon ogórkowy rozpoczyna się w czerwcu, a wraz z nim ogórkowe szaleństwo.
Mizeria (ostatnio, nie tylko na talerzach...), jako klasyczny dodatek do mielonego. Na słodko i słono,na kwaśno, a czasem nawet i gorzko, bo i takie niesforne ogórki bywają...
I zaczyna się kiszenie. Najpierw niecierpliwie czekamy na małosolne. Przy dobrych układach meteorologicznych, można już chrupać na drugi dzień.
Jeszcze koper nie zdążył zakwitnąć, chrzan się ukorzenić, czosnek zawiązać, a my już. W kamionkach, w słoikach, w plastikach. Nastawiamy i czekamy.Czekaliśmy cały rok,to poczekamy jeszcze dzień, dwa i już są! Ach ten aromat, ta świeżość! Małosolne!
Potem, za kilka tygodni, zaczną się poważniejsze ogórkowe wyczyny. Będziemy kisić. Kisić na zimę.
Najpierw zaczyna się mozolne zbieranie słoików. Przypuszczam bowiem, że niewiele osób ma, jak to dawniej bywało, odwagę i warunki kisić w beczkach i do tego dębowych beczkach. Zresztą skąd taką beczkę wziąć... Jako surogat, muszą nam zatem wystarczyć dębowe liście, albo wiśniowe. Ostatnio znalazłam takie w ogródkach działkowych. W Berlinie jeszcze niektórzy drzewa wiśniowe na działkach posiadają. Byli jednakże nieco zdziwieni, jak prosiłam o liście, a nie o owoce. Chcieli koniecznie wiedzieć, na co mi owe liście potrzebne. Jak usłyszeli, że do kiszenia ogórków, byli zdziwieni jeszcze bardziej. A przecież też kiszą, a może i nie. Może nie poddają się temu szaleństwu, może u nich sezonu ogórkowego nie ma, może kupują gotowe w Kaisersie lub Reichelcie. Kto ich tam wie? Co kraj, to obyczaj.

 

Łukęcin jest niewielką miejscowością ukrytą wsród sosnowych lasów. Uwadze kierowców samochodów mknących rozgrzaną letnim upałem szosą do Pobierowa, umyka kolejny zielony szyld, chyba, że muszą zatrzymać się na czerwonym świetle skrzyżowania. Nawet wówczas nie ujrzą niczego godnego uwagi. - kilka nieciekawych budynków z epoki wczesnego Gierka. Jednak jak to w zyciu czasem bywa, trzeba zboczyć z utartych scieżek, aby dotrzeć do czarodziejskiej krainy. Skręcamy zatem w lewo. Na poczatku nic nie zapowiada wymarzonej bajki. Mijamy zagłuszające się wzajemnie głosniki z muzyką disco polo, budy oblężone przez kolorowe piłki i plastikowe krokodyle. Mijamy gwarne skrzyżowanie i jedziemy dalej w stronę ciszy. Wjeżdżamy do lasu. Powietrze tu jest inne, cieniste, żywiczne. Majestatyczny szum wiekowych sosen zagłusza zgiełkliwe odgłosy urlopowego szaleństwa.
Mijamy coraz rzadziej rozrzuone pojedyńcze ośrodki. Nagle przed nami wyłania się słoneczna polana.
Miedzy drzewami bieleją biale ściany pawilonów. Cisza. Przenikające poprzez iglaste korony złote strzały słońca. Spokój. Wiemy, że jesteśmy u celu. Że znaleźlismy nasz urlopowy raj.

Dom Wypoczynkowy POLANA w pełni zasługuje na swoją nazwę. Umiejscowiony jest w sercu lasu. Po pniach drzew harcuja wiewórki. To one są symbolem ośrodka. Panoszą sie wszędzie. Można je spotkać w najbardziej niespodziewanych miejscach.
Właścicielka Polany i sporej kolekcji wiewiórek, pani Ewa przyjechała z Berlina znużona wielkomiejskim gwarem. Poszukiwała ciszy, spokoju. Tu zalazła azyl, a może i sens życia. Efektem tytanicznej pracy i wieloletnich wyrzeczeń zrujnowany poskomunistyczny obiekt jak zaczararowany przez leśne elfy zamienił się w komfortową oazę dla miłośników natury i wyciszonego odpoczynku.
Jeden z prominentnych gości powiedział, że „tu słyszy swoją duszę“
Ja oprócz duszy słyszałam „morza szum i ptaków śpiew“ Calkiem niedaleko, oddalona o kilkuminutowy leśny spacerek wita nas bielą piasku „cicha plaża pośród drzew“.
„Wszystko to w letnie dni“ tworzy idylliczną sielankę nadbałtyckiego urlopu dziesiątki lat temu opiewaną w popularnych piosenkach. W dzisiejszych czasach cicha plaża jest pojęciem prawie abstrakcyjnym, ptaków śpiew zagłuszają ryczące głośniki, a morza szum słychać jedynie podczas jesiennych sztormów.
Nic dziwnego, że w Polanie trudno o wolny pokój.
Jeżeli dodamy do zielonej ciszy europejski standart wyposażenia pokojów, pyszną domową kuchnię i ciepłą rodzinną atmosferę, powiedzenie nobody is perfect traci sens.
Wieczorem na romantycznie oświetlonym tarasie przy kieliszku domowej nalewki spotykają się berlińscy Polonusi. Bowiem wieść o tym uroczym zakątku roznosi się błyskawicznie po mieście, a kto raz podziwiał rozgwieżdżone sierpniowe niebo nad koronami sosen, wdychał balsamiczne powietrze, parzył stopy o gorący piasek bezkresnej plaży, poczuł woń jalowcowego dymu ogniska i popróbował pieczonych na patyku swojskich kiełbasek, ten będzie tęsknił za Polaną tak długo, aż ...wróci!

Graża Grużewska

 

Ostatnimi czasy w mediach przewija się temat patriotyzmu i bycia dumnym Polakiem, gdziekolwiek by nie mieszkał. Mówienie o czymś, co jest oczywiste śmieszy mnie i jednocześnie oburza. Od kiedy to politycy będą nam dyktować, jaki ma być prawdziwy Polak? Definicja patriotyzmu jest jedna dla wszystkich nacji świata i niezależna od orientacji politycznej. Nie trzeba  tu odkrywać Ameryki, by wiedzieć, że Polak zawsze był dumny ze swojej Ojczyzny. Każdy na swój sposób ją kocha, utożsamia się z kulturą, historią, tradycją i ogółem społeczeństwa. Naszej Ojczyźnie wszyscy Polacy życzą dobrze, choć nie zawsze obrana droga okazuje się właściwa. To fakt! Najważniejsze jest jednak to, by Polak zachowywał się przyzwoicie tak, by nikt za nas nie musiał się wstydzić. Wystarczy przestrzegać tzw. minimum dobrego wychowania – to już wiele znaczy!  

Strona 1 z 2

© 2013 - 2017 Magazyn Polonia. All Rights Reserved. Designed By E-daron.eu

Please publish modules in offcanvas position.